Karimbakhsh Witteveen (1921-2019) – sufi, ekonomista i polityk ~ Jarek Kubacki

Przedziwne uczucie – spędzić wieczór nad przekładem czyichś myśli i następnie dowiedzieć się, że ten ktoś właśnie zmarł, a więc właśnie tłumaczyłeś jego pożegnalny wywiad. To, nawet gdy chodzi o człowieka dobiegającego powoli magicznej ‘setki’, kogoś, kto przeżył żonę, dzieci, większość współpracowników i kolegów, właściwie cała swoja epokę, naprawdę coś szczególnego.

Ściśle rzecz biorąc, nie można nawet powiedzieć, że znaliśmy się osobiście. Kilka razy byłem wśród jego słuchaczy – na konferencjach organizowanych przez różne nurty ezoteryczne (sufizm, antropozofia, teozofia, wolnomularstwo) – dwu- czy trzykrotnie zamienione ze sobą kilka słów w kuluarach, uścisk dłoni. Czy byłem pod wrażeniem? Oczywiście, budził szacunek, ale właściwie przez lata mnie przede wszystkim trochę dziwił. Jakoś nie potrafiłem do końca ze soba zsynchronizować 2 Johanów Witteveenów: liberalnego polityka, ministra finansów, wicepremiera, dyrektora Miedzynarodowego Funduszu Walutowego, mieszkańca okazałej willi w elitarnym miasteczku Wassenaar, gdzie również i król ma swoja posiadłość, z murszidem Karimbakshem – przez lata wiodącym uniwersalnym sufim. ‘Bankster’ mistykiem? Nie ukrywam, że łatwiej byłoby mi się nim zachwycić, gdyby w polityce wybrał drogę swojego dziadka, Floora Wibauta, jednego z legendarnych przywodców przedwojennej socjaldemokracji, drogę, ktorą zreszta poszedł jego syn, Willem, socjaldemokratyczny senator, współautor programu Partii Pracy, redaktor jej czasopisma ideowego ‘Socjalizm i Demokracja’, który zginął 5 lat temu w samolocie Malezyjskich Linii Lotniczych, zestrzelonym przez prorosyjskich separatystów nad Wschodnia Ukraina – niesławnym MH17… Ale Johan Witteveen był liberałem, liberałem z krwi i kości, nawet nie z tych liberałów, których można nazwać socjalliberałami. Gdybyśmy mieli okazje jeszcze raz ze sobą porozmawiać, bez wątpienia zapytałbym, jak właściwie udawało mu się to ze sobą połączyć.

A jednak, gdy wczoraj tłumaczyłem jego myśli, zaświtało mi coś w rodzaju odpowiedzi na to pytanie. Dostrzegłem w nich – zarówno suficką, jak i liberalną – wiarę w człowieka zdolnego ucieleśniać i uosabiać ideały i wartości, zdolnego do rozwoju, do doskonalenia się. A jednocześnie indywidualizm – traktowany dziś prawie jak obelga, a w każdym razie brzydkie słowo, którym wypada posługiwać się jedynie w negatywnym kontekście. Jakoś tak niedawno rozmawiałem z koleżanką-pastorką, która doktoryzowała się z życia i myśli pierwszej kobiety-pastor w historii Holandii, Anne Zernike. Chodziło właśnie o indywidualizm, który współcześnie postrzega się jako synonim egoizmu, egocentryzmu, sobkostwa, obojętności na innych i ich potrzeby. Powiedziałem wówczas, że mnie to boli, że uważam to za pewien rodzaj zniesławienia. Powołałem się przy tym na ‘jej’ Annę – również przekonaną liberałkę – zarówno w sensie religijnym jak politycznym – i niewątpliwą indywidualistkę, nie lękającą się również iść samotnie, głosić rzeczy niepopularne. Po chwili rozmowy doszliśmy jednak do wspólnego wniosku, że był to inny indywidualizm, a co za tym idzie inny liberalizm. Słowa niezauważenie zmieniły w subtelny sposób znaczenia. Liberałowie sprzed stulecia byli częstokroć ludźmi o niezwykle mocnej świadomości swoich powinności wobec społeczeństwa, swoich zobowiązań wobec tych, którym się w życiu mniej powiodło. Oczywiście, że nie uderzali w podstawy kapitalizmu. Wręcz przeciwnie – wzmacniali je i bronili. Jednocześnie nosili w sobie coś, czego nie wahałbym się nazwać instynktem społecznikowskim, który prowadził do tego, ze niejednokrotnie stawali ramię w ramię z przedstawicielami innych opcji politycznych, by poprawić los tych, którym się gorzej powodziło.

W jednym z – sypiących się teraz niczym grzyby po deszczu – artykułów poświęconych Witteveenowi, piszę się o nim o jako o tym, ‘kto dal Holandii podatek od wartości dodanej (VAT) i podatek od nieruchomości’. Wyobrażacie sobie? Pisać o podatkach jako o ‘darze’? Jakie to dalekie od tego prymitywno-nachalnego ‘przypominania’, że ‘rząd nie ma własnych pieniędzy’ i traktowania podatków jako w najlepszym wypadku ‘daniny’, a w najgorszym ‘kradzieży’… Kiedy to się właściwie zmieniło? Kiedy mój interes zastąpił interes wspólnoty? Ilu ludzi przy zdrowych zmysłach tak jak ja traktuje jeszcze podatki jako coś, co płaci się, jeżeli nawet nie chętnie to jednak ze świadomością, że w ten sposób się po prostu ze sobą dzielimy? Johan Witteveen dostrzegał te prawidła i zależności nie tylko na poziomie relacji państwo-indywiduum, ale również międzynarodowym. Jeszcze całkiem niedawno krytykował Niemcy i Holandię za egoistyczna postawę wobec południa Europy. Wskazywał na to, że nasza [holenderska, autor tego tekstu mieszka w Holandii – przyp. redakcji] nadwyżka eksportowa pogłębia ciężką sytuację Grecji i Włoch i że powinniśmy – jak to dosłownie ujął – poświęcić się dla tych krajów! Kiedy ostatnio słyszeliście ekonomistę, używającego tego słowa? Dzisiaj nawet socjaliści boją się go jak ognia i to pomimo tego, że np. w języku polskim pierwsza wzmianka o socjalizmie brzmiała tak: “Chcecie w nas zastąpić indywidualizmem i egoizmem to, cośmy w nauce Chrystusa wyczerpnęli, to jest socjalizm, czyli poświęcenie”… Witteveen, który zresztą doktoryzował się u Jana Tinbergena, noblisty, o którym mówi się często jako o ‘ojcu międzynarodowej pomocy rozwojowej’, nie bal się…

Obawiam się, że, pomimo coraz większej ilości artykułów wspomnieniowych, nikt nie połączy ze sobą wszystkich tych aspektów myśli, duchowości i działalności Johana Witteveena. Raczej każdy będzie o nim pisał w zakresie swojego poletka. I to tez jest ‘znak czasów’ – nieumiejętność wyjścia poza bezpieczne opłotki własnych przekonań i własnej specjalizacji. Dla ekonomistów i polityków sufizm Witteveena pozostawał jego zupełnie prywatną sprawą, traktowana z pewną dozą dezynwoltury, a ilu mistrzów duchowości zapuszcza się na grząskie grunty polityki i ekonomii? Szkoda…

Jarosław Kubacki

Powiązane artykuły

Skomentuj...

*